Wpisy z tagiem: LeBron James
poniedziałek, 20 lutego 2012
W tym tygodniu najważniejszym wydarzeniem w NBA wcale nie będzie weekend gwiazd. Jeśli ktoś nie zapadł w zimowy sen przez ostatnie dwa tygodnie, to wie, że "game to watch" będzie czwartkowe starcie New York Knicks z Miami Heat. Tym bardziej po niedzielnych meczach NYK z Dallas i Miami z Orlando. Knicks za sprawą Jeremy'ego Lina stali się zespołem, który oglądać należy. To zupełnie niesamowite jak w ciągu kilkunastu dni głęboki rezerwowy stał się postacią numer jeden w zespole, ba w całej lidze. W ostatnim tygodniu potwierdził tylko, że jego "wybuch" przypadkowy nie był. Meczem z Mavericks rozwiał kolejne wątpliwości pt. "czy to naprawdę możliwe?". Możliwe. Cały czas pozostaje nierozstrzygniętą kwestia tego, co się stanie, gdy do zespołu dołączy Carmelo Anthony. Ale czy to rzeczywiście w tym momencie ważne? Mnie najbardziej w tym wszystkim ciekawi jak w czwartek Heat, którzy wygrali sześć ostatnich meczów (wszystkie różnicą ponad 10 punktów) zagrają w obronie przeciwko Linowi. Bo to, że jako zespół są faworytem do zwycięstwa, nie ulega wątpliwości. Ale czy skupią się jakoś szczególnie na nim. Jak ograniczą jego punkty, a przede wszystkim podania. Nie udało się to Mavericks, którzy mieli nawet pomysł jak to zrobić - próbowali pułapek, podwajania, pomocy przy zasłonach - tylko jednak im nie wyszło. Czy Eric Spoelstra postawi na wariant obrony z play-off, gdy do krycia Derricka Rose'a posłał w sporych fragmentach meczów LeBrona Jamesa. Czy tu może się to udać? Nie mam pojęcia, dlatego czekam na ten mecz z taką niecierpliwością. Jeszcze dwie rzeczy przy okazji Heat i Jeremy'ego Lina. Zacznę od pana z Harvardu. Jeśli weźmiemy pod uwagę tylko mecze z lutego, w których zagrał ponad 20 minut, Lin jest zawodnikiem, który traci na mecz najwięcej piłek - w dziewięciu ostatnich spotkaniach miał aż 47 strat. O pięć strat więcej miał Westbrook, ale zagrał także jedno spotkanie więcej (nie zaliczam niedzielnego meczu z Nuggets, bo odbył się przed powstaniem tej notki). Straty Lina to jego największy problem, sam zawodnik zdaje sobie z tego sprawę, w wywiadach mówi o tym. Ale na razie znaczenia one większego nie mają. Dlaczego? Bo tak jak napisał na Twitterze David Aldridge: "Linsanity's TOs won't matter until the Knicks start losing. That's what all this is about, people. They're winning with him in the lineup..." Druga rzecz, czyli Heat. A w zasadzie ich kontratak. Można nie lubić LeBrona, można nie lubić Heat w ogóle, zupełnie mieć ich w nosie. Ale to jak oni rozgrywają kontry i wykorzystują w nich do perfekcji swoją fizyczność cały czas mnie zadziwia. Na takie akcje mogę patrzeć bez końca, serio:
A ta akcja, sprzed miesiąca, powinna znaleźć się w Top10 regular season:
poniedziałek, 30 stycznia 2012
LBJ jak każdy się szanujący się pracownik korporacji czasem do pracy zamiast samochodem przyjeżdża na rowerze, o takim.
James tak do American Airlines Arena dojechać musiał, gdyż w niedzielę w Miami były okropne korki. Komentatorzy ESPN Jeff van Gundy i Mike Breen na mecz dotarli łodzią. Ale do rzeczy. Heat z Bulls dali nam w niedzielę przedsmak play-off. Warto ten mecz obejrzeć, jeśli nie widzieliście, to poszukajcie na jakichś torrentach, póki ich nie pozamykają. Bo w tym meczu było coś więcej niż to: Pojedynek nie do końca miarodajny, bo Bulls grali bez swojego LBJ-stoppera Luola Denga, ale oba zespoły udowodniły, że warto czekać na taki właśnie finał Konferencji Zachodniej Wschodniej. Bulls udało się ten imponujący atletyzm nieco ograniczyć głównie dzięki temu, że sami mają jednego z najlepszych atletów ligi Derricka Rose'a. Zaczął słabo, od dwóch szybkich fauli, później z każdą minutą grał coraz lepiej. Jego wejścia pod kosz, gdzie w drugim kroku mijał obrońcę i beszczelnie trafiał, nawet mimo fauli. Mario Chalmers i Norris Cole wiele zrobić nie byli w stanie. W końcówce, tak jak w zeszłorocznym play-off, bronić przeciwko Rose'owi próbował LeBron James, ale dzięki sprytnej rotacji Bulls, do bezpośredniego starcia nie doszło. W skórconym sezonie NBA to właśnie siła fizyczna i dyspozycja liderów będą decydujące. Na wschodzie, o ile nie wydarzy się katastrofa powinno dojść do powtórki zeszłorocznego finału. Rywale albo pogubili się w budowie zespołu i nie za bardzo wiedzą co z tym zrobić (Knicks), albo nie wiedzą jak będzie wyglądać ich najbliższa przyszłość (Magic), albo są po prostu o ten jeden poziom niżej (76ers i Pacers). Na zachodzie też już widać, że atleci z Oklahomy dystansują resztę stawki. Edit
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Odpowiedzi na postawione w tytule notki pytanie, nie udzielę, bo tego nie sposób przewidzieć, chyba, że ktoś z Was ma jakiś pomysł. Przypomnę tylko: 48 punktów z Suns, 40 punktów z Jazz, 42 punkty z Cavaliers i 42 punkty z Clippers. Sprawdziłem, zainspirowany pytaniem jednego ze znajomych (dzięki Maciek!), ile takich serii miał już Kobe Bryant i jak wygląda w porównaniu z Michaelem Jordanem. I tak: Kobe miał już trzy dłuższe serie z 40 lub więcej punktami - w lutym 2003 roku 9 meczów z rzędu oraz dwie 5-meczowe - w sezonie 2005/2006 oraz w marcu 2007 roku. Licząc z tegoroczną ma trzy 4-meczowe serie. Łącznie Bryant ma 11 serii 40-punktowych. (serii, czyli przynajmniej w dwóch meczach z rzędu rzucał po 40 lub więcej punktów. Jordan takich serii miał 29 - jedną 9-meczową, jedną 5-meczową, pięć 3-meczowych oraz 22 dwumeczowe. Z ciekawości zerknąłem, czy ktoś z obecnej piątki najlepszych strzelców, do którejś z tych serii choć trochę się zbliżył. Drugi strzelec obecnego sezonu (liderem jest Bryant), czyli LeBron James miał trzy serie dwumeczowe. (tak samo Dwyane Wade) Trzeci strzelec, Kevin Durant z Oklahoma City Thunder, miał dwie serie dwumeczowe. Czwarty strzelec, Carmelo Anthony z New York Knicks, miał tylko jedną dwumeczową serię. Kevin Love z Minnesota Timberwolves, nr 5 na liście strzelców, jeszcze nie rzucił 40 punktów w przynajmniej dwóch kolejnych meczach. Wszystkie statystyki dzięki nieocenionemu serwisowi basketball-reference.com. Wszystkie dotyczą meczów regular season. O play-off innym razem. I jeszcze na koniec mała dygresja odnośnie tego, kto rządzi w Los Angeles. Clippers wygrali trzy ostatnie starcia z Lakers (dwa w preseason, jedno w regular season, w sobotę) i koszykarsko to oni są górą. Nie wiem, czy oglądaliście ten mecz, ale jeśli nie to zobaczcie poniżej, co się działo na trybunach, gdy Kobe w trzeciej kwarcie rozpoczął swoje kolejne show i zdobył 21 punktów. To wtedy w hali było najgłośniej. Przypomnę, gospodarzem byli Clippers. |
Zakładki:
Tagi
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||